Oddech od codzienności. Czyli rok na Polskiej Stacji Antarktycznej. Cz.6

6. Tym razem opowiem Wam o drużynie gumowego pierścienia…o drużynie, która nie bacząc na przeciwności losu wyruszyła w pełną niebezpieczeństw drogę aby uratować stację Arctowskiego przed zdawałoby się nieuchronnym widmem grozy antarktycznej, objawiającym się całkowitym brakiem działających silników zaburtowych. Wyruszyła by przynieść z odległej krainy pierścień…

Ponton jest podstawowym środkiem transportu na stacji

Ale zacznijmy od początku…

W styczniu mieliśmy kilka awarii silników zaburtowych, o których można by napisać osobny wpis. Koniec końców na stacji została jedna działająca Yamaha 60-tka i 9/10 Evinruda. Pontony są podstawowym środkiem transportu na naszej stacji więc gdy ów niezniszczalna Yamaha przestała pompować wodę do układu chłodzenia sytuacja zrobiła się poważna. Z diagnozą usterki nie było problemu; uszkodzony wirnik pompy wody. Nie mieliśmy żadnego na stanie więc rozesłaliśmy maile do stacji na wyspie z pytaniem o wirnik. Odezwali się Koreańczycy z King Sejong. Skoro mają to trzeba po niego iść. To tylko niecałe 30 km ale w Antarktyce nic nie jest proste…

Krasnolud jak malowany prawda?

Na początek trzeba było znaleźć śmiałków na tę wyprawę. Z tym akurat problemu nie było. Z racji, że na stacji nie pracował żaden niziołek, aby wyprawa nabrała mistycznego charakteru, musiał iść z nami krasnolud. I udało się a jakże! A tak naprawdę chodziło o to, że Bartek łaził już trochę po lodowcach na poprzedniej wyprawie a ja i Przemo też już trochę w tym sezonie lodowców złaziliśmy. Zapytaliśmy też kolegów z Argentyńskiej stacji czy nie przyłączyliby się do naszej kompanii na co oczywiście przystali.

A więc wyruszyliśmy we wtorek wczesnym rankiem w pierwsze okno pogodowe jakie nadeszło.

Po pokonaniu kilku moren kompania wkroczyła na bardziej niebezpieczny grunt jakim jest lodowiec pocięty szczelinami. Przemo zabrał narty więc w trakcie podejścia na czapę lodowca ~600 m n.p.m. miał najciężej ale potem przez 4h marszu w dół, wnerwiał nas dokumentnie bo ja z Bartkiem musieliśmy przebierać nogami a ten ów cwaniak kręcił wokół nas ósemki. Po kilkugodzinnym marszu spotkaliśmy resztę naszej kompanii i uzbrojeni w konie mechaniczne pomogliśmy naszym znajomym w badaniu lodowców.

Czoło lodowca
Czoło lodowca z bliska

W trakcie powrotu do bazy Argentyńskiej z naszymi kompanami mieliśmy problem ze skuterem; przegrzał się…Co zrobiłby mechanik? Poczekał aż silnik ostygnie i ruszył dalej prawda? A co zrobili naukowcy? Narzucili na przegrzany silnik…….śniegu…..

Jak to się stało, że nie pękł blok, głowica lub nie postrzelały pierścienie? Do dziś nie mam pojęcia…

Szczęśliwie dotarliśmy do pierwszego punktu naszej podróży – do Argentyńskiej stacji Carlini. Tam nas nasi kompani należycie ugościli i rano wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Pozostawiliśmy konie mechaniczne w stajni i tym razem przesiedliśmy się do pontonu aby przepłynąć na drugą stronę zatoki. Pogoda była…powiedzmy, że znośna. Może na zdjęciu nie wygląda to specjalnie groźnie ale na wodzie dale miały około 1m a ponton był zaledwie pontonikiem więc płynąc pod falę dostawaliśmy co trzecią falą po twarzy. Lało się wszędzie! Oczywiście na nasze plecaki i do środka kombinezonów też więc gdy szczęśliwie dotarliśmy do brzegu, byliśmy cali przemoczeni a to był dopiero początek dnia!

Czekały na nas jeszcze pomiary lodowca z naszymi Argentyńskimi współtowarzyszami a więc zabraliśmy się do pracy (Pomiary te polegają na comiesięcznym bądź cotygodniowym pomiarze dokładnych współrzędnych geograficznych rur wbitych w lód. Mając te dane, naukowcy są w stanie określić jak szybko lodowiec spływa w kierunku wody czyli jak szybko topnieje). Po zakończeniu pracy czekał nas jeszcze kilkugodzinny marsz (nadmienię tylko, że byliśmy całkowicie przemoczeni) i w końcu na horyzoncie zamajaczyła Koreańska stacja…

Przyjęci zostaliśmy po Koreańsku czyli kulturalnie ale z dystansem. Kierownik oprowadził nas po stacji, dostaliśmy zupkę chińską w ramach posiłku i otrzymaliśmy całkiem nowy pachnący świeżością impeller! Oczywiście Koreańczycy nie chcieli nawet słyszeć o zapłacie więc w ramach podziękowania wręczyliśmy im Polski towar eksportowy; Żubrówkę i Ptasie Mleczko. Żubrówka jest bardzo cenioną wódką w Antarktyce!

Jeszcze fotka całej drużyny z szefem stacji i ruszyliśmy z powrotem.

I tak oto dzielni wędrowcy wyruszyli w drogę powrotną z gumowym pierścieniem mającym ocalić stację przed Antarktyczną grozą…

Oczywiście musieliśmy jeszcze przekroczyć zatokę w tych samych przemoczonych kombinezonach na tej samej łupince…na szczęście po drugiej stronie zatoki czekał na nas syty obiad, chłodne piwo i suche łóżko…

Ale to jeszcze nie koniec opowieści! Pierścień jeszcze nie dotarł do miejsca swego przeznaczenia!

Następnego dnia Argentyńczycy podrzucili naszą kompanię pod czoło lodowca i cała piątka udała się w kierunku Arctowskiego.

I tak oto po całodziennym marszu przez lodowce i moreny niestrudzeni wędrowcy dotarli do stacji Arctowskiego aby ofiarować silnikowi impeller. Na cześć wędrowców wyprawiono ucztę i ugoszczono naszych Argentyńskich współtowarzyszy w taki sposób, że postanowili nie wracać na Carliniego przez 4 dni!

Ja tam także byłem…piwo i wino piłem…

Mogłoby się zdawać, że było to wspaniałe zakończenie Antarktycznej przygody a jednak…nic bardziej mylnego ponieważ…gumowy pierścień NIE PASOWAŁ….

Okazało się, że YAMAHY 60-tki produkowane były w 2 wersjach; na rynek ogólnoświatowy i południowoamerykański. Wiecie czym się różniły? Średnicą wirnika pompy wody…nasza Yamaha przypłynęła do nas z Argentyny…

Długo nie mogliśmy dojść do tego co poszło nie tak i pewnie byśmy zostali w tej niewiedzy gdyby nie pomoc Pana Andrzeja Czernkiewicza z MOTO46 sp. z o.o., który był na tyle dociekliwy, że przeanalizował różnice pomiędzy tymi silnikami. Reszta serwisów Yamahy w Polsce rozkładała ręce dlaczego impeller z Yamahy 60 nie pasuje do Yamahy 60…

I tak oto dobiegła końca podróż pierścienia i wędrowców. Bez happy end-u ale…tak to czasem bywa w życiu:)

W Antarktyce nic nie jest takie proste na jakie wygląda.

Główny sprawca zamieszania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *