Oddech od codzienności. Czyli rok na Polskiej Stacji Antarktycznej. Cz.4

4. Jeżeli uważacie, że Stacja Arctowskiego to koniec świata to jesteście w błędzie. Niespełna 30km w linii prostej od stacji znajduje się wysunięta placówka badawcza zwana Lion’s Rump gdzie przez pół roku w małym drewnianym domku żyją odcięte od świata 2 osoby prowadzące monitoring ekologiczny. Myślicie, że 30 km to mało? Pontonem to prawie 2h przy dobrej pogodzie, a lodowcem (po przepłynięciu 6 km zatoki) to 7 h dobrego buta.

Ale od początku…

Jednym z zadań 41 Wyprawy był remont domku na Lion’s Rump. Kiero zaplanował go na grudzień. Początkowo mieli płynąć tylko Przemo (człowiek od zadań specjalnych) i Marek (energetyk i stolarz) ale chłopaki stwierdzili, że przydałaby im się jeszcze jedna osoba do pomocy, a że ja rzuciłem pomysł ulepszenia instalacji antenowej na LR to padło na mnie.

Zadania do wykonania:

  • montaż masztu i próba skomunikowania się z Arctowskim,
  • wymiana pieca i modernizacja kuchni,
  • wymiana drzwi wejściowych,
  • wymiana górnego zbiornika na wodę,
  • instalacja regałów,
  • złożenie skrzyni depozytowej,
  • pomalowanie domku,
  • uszczelnienie komina i zamontowanie przegród p. poż.
  • itp:)

Przygotowania trwały od końca listopada. Ja wyspawałem maszt, podorabiałem odciągi i inne potrzebne części elektroniczne. Chłopaki zrobili regały i gromadzili niezbędny sprzęt. Co prawda część rzeczy została wyładowana bezpośrednio na LR ale jeśli nie zabierzemy np. gwoździ lub wtyków PL 259 to będziemy musieli sobie radzić bez nich.

W drugiem tygodniu grudnia korzystając z dobrej pogody popłynęliśmy dwoma pontonami do sąsiedniej zatoki na LR. Nie jest to wcale takie proste zadanie ponieważ wypływamy na otwarty ocean i musi być kilka dni bezwietrznej pogody aby fala się uspokoiła. Przepływając pomiędzy zatokami znajdujemy się w naprawdę niegościnnym miejscu z mnóstwem szkierów bliżej lądu. Dlatego płynie się dwoma pontonami aby w razie uszkodzenia jednego z silników móc się doholować do Zatoki Admiralicji, w której znajduje się stacja.

Na mapie przedstawiłem orientacyjną trasę. Zwróćcie uwagę na prawą stronę wyspy. Na prawo od LR nie ma żadnej stacji, więc to ostatnia ostoja cywilizacji na wschodniej części wyspy. Gdyby chcieć przejść na LR ze stacji lądem, zajęło by to około 4 dni.

Tak tam jest koniec świata:)

Po 2 h i awarii silnika dopływamy. Wypakowujemy cały majdan, chłopaki wypijają herbatę i odpływają póki ocean spokojny. W sezonie,w którym remontowaliśmy LR w domku przebywały Julka i Ania jak je szybko przechrzciliśmy „Dzikie Baby”. Na początek ułożenie wszystkiego tak aby nie rozniosły tego wszędobylskie, ciekawskie małe Słonie Morskie i zasztauowanie swoich rupieci w miejscach do spania.

Rzeczy przywiezione z nami.

Z racji, że domek jest przewidziany na 4 osobowy a była nas piątka, Marek stwierdził, że może spać na strychu bo nie będzie nam przeszkadzało jego chrapanie.

Ponieważ dwie osoby spędzają tu pół roku odcięte od zapasów z zewnątrz, wszystko musi przypłynąć z nimi na początku sezonu. Mają tu masę rzeczy począwszy od zapasu jedzenia, porzez brykiet, paliwo do agregatu, panele PV, drobne części zapasowe, podstawowe narzędzia na rzeczach osobistych kończąc. Jest tego co niemiara i trzeba było się trochę przeorganizować, żeby upchać dodatkowe 3 osoby. Niemniej udało się i nazajutrz zabraliśmy się do pracy. Dziewczyny wyszły na jeden z monitoringów a my na początek postanowiliśmy uruchomić łączność z bazą bo dotychczas jej nie było. Tzn. poprzedni elektronik Piotrek zamontował instalację antenową na budynku i chwała mu za to bo znacznie zmniejszyło to nakłady pracy w budynku (zamontował on też radiostację na Demay o czym później). Dzięki temu dziewczyny Arctowskiego słyszały ale baza mogła usłyszeć tylko moment naciśniecia PTT. W ten oto sposób dziewczyny codziennie o umówionej godzinie dawały znać, że żyją nadając Morsem .-.. .-. … -.- (LR O.K.). W przypadku gdyby takiego sygnału nie nadały należało przedsięwziąć środki by się z nimi skomunikować i sprawdzić co się dzieje, że nie dają znaku życia (tel. satelitarny, popłynąć, itp.).

Wnętrze domku
Kuchnia i piec

No to do roboty! Na początek przymontowaliśmy nową antenę do masztu, który przypłynął z nami, rozwinęliśmy 100m RG213 i zacząłem wspinać się po stromym zboczu zaraz przy domku i…szukać sygnału:) Niestety zabrakło nam kabla, żeby zainstalować antenę na szczycie więc chodziłem po zboczu z ręczniakiem a chłopaki w domku co jakiś czas nawoływali bazę. Po południu udało się.

-Lion’s Rump, Lion’s Rump tu Arctowski słyszymy Was!

Jest łączność!! Teraz trzeba jeszcze raz wyjść na stok i ustalić dokładne położenie masztu, tak aby dało się go dobrze zamontować. Obłożyć kamieniami i…tak minął dzień…

Agegat to ta strzałka

Nazajutrz zwarci i gotowi ruszyliśmy montować maszt! Oczywiście nie może być za łatwo. To, że znaleźliśmy kamień pod stopę masztu o niczym jeszcze nie świadczy! Młotowiertarka zasilana jest z sieci 230V a sieć to my tu mamy z agregatu.

-To co? Taszczymy go na górę?

-Eeee odpada. Dawaj przedłużacz.

(Po 15 min)

-Eeeeee!! Przeeeemmmmoooo!! Zaaabbbrrraaakkkłłłooo!!

Na szczęście dziewczyny miały jeszcze jeden…

Koncentryka wystarczyło akurat. Przydało by się jeszcze z 10m ale zabraliśmy ze stacji cały zapas…

Montujemy odciągi, do masztu ale również do anteny. W normalnych warunkach ta antena GP wytrzymuje wiatry do 120km/h ale przy oblodzeniu i wietrze dochodzącym do 200 km/h trzeba montować odciągi na topie anteny.Tu się jeszcze kłania długość odciągów, żeby była mniejsza niż długość fali promieniowanej anteny itd. ale nie będę się rozpisywał…Koniec końców po raz pierwszy w historii LR przeprowadziliśmy transmisję z Arctowskim na UKF-ce!:)

Konstruktor sprawdza wytrzymałość na obciążenia statyczne.

Skoro można było sobie pogawędzić z Arctowskim przy porannej herbatce (lub kawce;) ), należało się zabrać za kolejny punkt programu. Drewnianą skrzynię na depozyt. Składowane w niej będzie paliwo i ogólnie materiały łatwopalne a w razie pożaru domku, będzie można tam przeczekać na przybycie pomocy.

Potem było uszczelnianie dachu, kręcenie blach, malowanie domku itp. Kłopoty zaczęły się gdy przyszło do wymiany pieca…

Piec ów nazwany Katarzyną był przynajmniej 2 razy większy od istniejącego. Tak ktoś wymierzył i zamówił…Żeby go wstawić, trzeba by wyrzucić stary i wstawić nowy w miejsce aktualnej kuchni bo na stare miejsce by się nie zmieścił. Wiązało się to z kompletą reorganizacją przestrzeni mieszkalnej i po długiej debacie padła decyzja o pozostawieniu starego pieca i jedynie zainstalowaniu nowych przyłączy wodnych.

-To może chociaż zbiornik wymienimy?

I tu nastąpi mała dygresja ponieważ aby zrozumieć dlaczego nie wstawiliśmy zbiornika, należy wytłumaczyć jak działa instalacja wodna w domku.

Tak to ten nowy zbiornik…

Aby rozpalić w piecu należy najpierw zalać wodę do zbiornika, w przeciwnym przypadku plastikowe króćce łączące instalację wodną z piecem się stopią z powodu braku chłodzenia przez ciecz. Po zakręceniu zaworu spustowego i zalaniu wody rozpalamy w piecu. Woda ogrzewając się w wężownicy zostaje rozprowadzona jako ciepła do grzejnika w pomieszczeniu prysznica i kranach. Nie jest to woda pitna, ponieważ wlewana woda często jest zabrudzona a i sama instalacja stalowa koroduje, niemniej do umycia naczyń czy wzięcia ciepłego prysznica wystarczy. W przypadku gdy woda zaczyna się gotować nadmiar ciśnienia uchodzi przelewem do zbiornika, który jest jednocześnie zbiornikiem wyrównawczym. Tym sposobem można tam także roztapiać lód ponieważ zbiornik ma kształt wanny 1m x 1m z przykrywką.

Uwaga koniec dygresji.

No to wymieniamy zbiornik! Tylko, że przysłali w kształcie walca bez możliwości otwarcia go…?!No dobra…nie wymieniamy… To bierzemy się za drzwi.

Cóż…tu napotkaliśmy mały opór ze strony dzikiej społeczności tej części wyspy niemniej zupełnie cywilizowanie dała się ów społeczność przekonać, że to przecież dla ich własnego dobra! Obyło się nawet bez przemocy:)

Oczywiście nie mogło być za łatwo. Drzwi były bardzo masywne wobec tego wymagały dodatkowych wsporników i…ogólnie masa roboty. No i jeszcze mała zagadka; czego w tych dzrzwiach brakuje na pierwszy rzut oka?

Taaaak…klamki….otwierają się kluczykiem, żeby się nikt kobietom przypadkiem tu nie włamał!

Na koniec wstawienie niepalnych przegród kominowych. Z racji, że domek jak widać jest z drewna, to przy uzyskaniu większej temperatury w piecu, komin rozgrzewa się znacznie i istnieje ryzyko zapalenia się drewna wokół niego. Przypłynęły za nami z Polski specjalne pierścienie mające dystansować komin od drewna, tak aby bezpośrednio go nie dotykał. Dodatkowo miały izolować łapy montażowe tegoż pierścienia od temperatury.

O.K. zamontowaliśmy. Korzystając ze sposobności, że Dzikie Baby wyszły w teren, postanowiliśmy tak nahajcować w piecu, żeby sprawdzić działanie instalacji. Oczywiście nikt nigdy nie będzie miał potrzeby tak palić ale stwierdziliśmy, że jeżeli przetrzyma nasz test to instalacja jest bezpieczna. Więc uzbrojeni w gaśnice dorzucamy do pieca jak do paleniska w lokomotywie. W domku gorąco, drzwi pootwierane, woda się gotuje i…nagle zaczyna pojawiać się dym w pomieszczeniu! Osłony zaczęły ściekać po ścianach… Szybko wygasiliśmy piec. Rezultat zamontowania osłon p. poż na zdjęciach…

Cóż było począć…wycięliśmy szersze otwory na rurę kominową i owinęliśmy komin kocem azbestowym. Wygrzał się, przestał śmierdzieć i…nie ściekł po ścianie:)

W miarę jak prace miały się ku końcowi pogoda zaczęła się psuć…Po tygodniu z okładem byliśmy gotowi do powrotu, niemniej aura postanowiła splatać nam figla. Nawet jeśli warunki na zatoce były dobre to otwarte wody wokół wyspy stanowiły barierę nie do przepłynięcia dla dwóch małych pontonów. Cóż czekaliśmy a podczas czekania pomagaliśmy Dzikim Babom w ich codziennych obowiązkach, tam gdzie mogliśmy (część terenów, na których jest prowadzony monitoring leży na terytorium ASPA 151), chodziliśmy z nimi na monitoring i robiliśmy nadprogramowe naprawy.

Nie będę się tu rozpisywał czym one się zajmują, bo po pierwsze przekroczyłoby to pewnie ponad dwukrotnie objętość tego artykułu a po drugie nie znam się na przyrodzie tak dobrze jak one i mógłbym coś poprzekręcać.

Niemniej co nieco napiszę:)

Po pierwsze muszę pochwalić dziewczyny za rewelacyjne kucharzenie! Ania jest wegetarianką a Julka weganką. Chłopy natomiast mięsożerne ale mając do wyboru to co widzicie na zdjęciu lub grilla – wybraliśmy naleśniki! No może 2/3 z nas:) Po za tym Ania piekła tam chleb w piekarniku zaimprowizowanym z cegieł! Generalnie żarcie pycha! I dowiedziałem się co to jest ser Halloumi:)

Bardzo ciekawy jest sposób w jaki funkcjonują one podczas doby. Z racji, że latem jest tu jasno cały czas a monitoring zwierząt najlepiej prowadzić o różnych porach dnia i „nocy” aby dostrzec ich różne zachowania w cyklu dobowym, Julka i Anka nie mają sztywnych godzin pracy. Kładą się spać o 10 rano, wychodzą w teren o 3 w nocy i wbrew pozorom, funkcjonują zupełnie normalnie. Gdy jasno jest całą dobę, słońce nie wyznacza nam cyklu dobowego.

Inną ciekawostką jest sposób wyznaczania „godziny 0”. Ponieważ nierzadko chodzą w teren same, zawsze wyznaczają sobie 2 godziny; pierwszą, o której powinny się pojawić w domku i drugą absolutnie obligatoryjną, po minięciu której druga osoba zaczyna tej pierwszej szukać. Jeśli coś się przedłuży to można się skontaktować na UKF-ce i przesunąć „godzinę 0” ale nie zawsze jest zasięg więc trzeba rozważnie planować trasę. W tym terenie z dala od ludzi nie ma żartów.

Czy na LR jest internet? W dobie XXI w jakże mogło by go nie być! Niemniej nie jest to łącze szerokopasmowe z wielką anteną paraboliczną (dlaczego wielką? ponieważ im dalej od orbit satelitów geostacjonarnych tym czasza anteny musi być większa aby zogniskować tę samą ilość sygnału użytecznego ale o tym kiedy indziej) a mała skrzyneczka pozwalająca na wymianę maili i zdjęć w kiepskiej rozdzielczości. Aby móc się zalogować do sieci trzeba:

  • odpalić agregat,
  • wyjść na zewnątrz,
  • korzystać do woli.

Na zdjęciu uwidocznione 4 składowe tego systemu; modem (na skrzynce aluminiowej), agregat (czerwony), laptop i Ania. Dziecinnie proste prawda?:)

To chyba tyle o LR. Po prawie tygodniu wietrznej pogody, zrobiło się na chwilę względnie cicho i przypłynęła odsiecz, żebyśmy tu całkiem nie zdziczeli! Na pamiątkę Baby zrobiły nam niespodziankę w postaci…Baby:) Zabraliśmy ją na stację i posadziliśmy w toalecie przyprawiając o zawał niejedna biegnącą za potrzebą osobę:)

Cieszę się, że było mi dane tam chociaż przez chwilę zamieszkać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *